Kill Bill

Kill Bill Kill Bill był pierwszym filmem Quentina Tarantino, w którym postanowił wykorzystać znane mu motywy filmowe z lat jego dzieciństwa i zrobić z nich prawdziwe cudo, istne kombo kulturowe. To znaczy, wykorzystywał ograne, sprawdzone schemty już wcześniej, ale nigdy z takim wybuchem jak tutaj. Tutaj niemal każda scena, każda postać, ma utarty szlak przez inne gwiazdy. Od razu wiadomo, kto jest zły, kto zginie. Z muzyką tutaj nie jest tak oczywiste nic. Po pierwsze, czerpiąc z całej palety filmów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Tarantino miał duże pole do popisu, bo tego było zwyczajnie dużo. I tak mamy tutaj mieszanke wielu motywów muzycznych z filmów, nieco akstrawaganckich, ogranych, sprawdzonych, lubianych i znanych. Jest Ennio Morricone ze swoimi świetnymi utworami ze sphagetti westernów, jest flamenco ze starych umuzycznionych filmów. Są piękne, wschodnie motywy świetnych kompozycji, słuchacz nie ma prawa tu narzekać, bo każdy utwór to inna kultura, inne lata, inna bajka, całkowicie odmienna stylistyka i historia (każdy z nich był już wykorzystywany w poprzednich filmach). Muzycznie jest świetnie. Z filmem jest jeszcze lepiej.

Witaj

Muzyka zawsze coś przekazuje - czasami są to treści o niczym, a czasami o sprawach filozoficznych.

Polecamy